Piątek 15.05. W drogę!
Urlopy wypisane dużo wcześniej. Pobudka o czwartej rano, 4 koty na dwór, kawa, herbata, kanapka. Ostatnie pakowanie, koty wróciły.
Od 5:30 czekamy. Maciek podjeżdża punktualnie, o szóstej. Bagaże na tylne siedzenie, koło maćkowego plecaka. Bagażnik zawalony modelami. W drodze testujemy S6, droga dobra, pogoda zmienna. Cały czas na łączach z Łukaszem, on się już nie zmieścił i jedzie pociągiem. A właściwie trochę jedzie, a trochę na stacjach obżera się łakociami, w Poznaniu rogalami z białym makiem. Na szczęście sam zaproponował, że kupi i dla nas.
O 14:30 Łukasz już na miejscu, a my w trasie. 16:15 Łukasz pyta, czy żyjemy? Pewnie, 10 minut nam zostało. Ostatnie rondo, zjazd, ale drugi zamiast pierwszego. Trzeba zawrócić, ale na S19 następny zjazd – 12 kilometrów. I tyle samo z powrotem. Fajnie. A Łukasz czeka. Jedziemy, zawracamy, jedziemy. Rondo, zjazd, ten właściwy, 10 minut i już pod szkołą.
Piątek 15.05. Pierwszy kontakt.
Sala gimnastyczna otwarta, stoły już ustawione, chłopaki biegają jak na olimpiadzie. Szybkie powitanie z Krzyśkiem, Bożena wita się jakoś szczególnie czule (nie, żebym na to zwracał szczególną uwagę, wcale!). Na miejscu już Answer, jak zawsze pierwszy na posterunku. I niespodzianka: Paweł przyjechał z żoną. Powoli zaczynamy wyznaczać standardy. Teraz utartym zwyczajem do „Anastazji” na późny obiad.
Łukasz cierpliwie czeka, jedzenie też. Siadamy do stołu i w tej chwili do baru wbija Przeciszów, a właściwie kolejny Łukasz i jego żona. To mamy już dwóch Łukaszów przy jednym stole, na w sumie 6 osób. Pospieszna konsumpcja i powrót do szkoły. Trzeba opróżnić bagażnik, poustawiać modele i zrobić miejsce w samochodzie.
O 18:00 jedziemy do internatu i czekamy na klucze do pokojów. Cierpliwie i grzecznie. Wiadomość, że o 20:00 będzie pierwsza integracja z podlaską kolacją podtrzymuje nas na duchu. O 20:00 do sali ogólnej zaczynają się schodzić ludzie. W większości znajome twarze. Wesołe powitania, ogólna radość. No i wnoszą podlaskie przysmaki. Właściwie po to też tu przyjeżdżamy.








Sobota 16.05. Modelarska majówka.
Koledzy jeszcze się nie odzywają, więc Idziemy na wystawę. Pieszo. 15 minut drugiego spaceru. Organizatorzy już na miejscu, atmosfera dziwnie nerwowa. Po imprezie przyznali się, że koledze, który napisał program do obsługi imprezy padł komputer i od dwóch dni walczy o odzyskanie danych. Walczy i przegrywa. Ponoć tak powstał Wszechświat: na początku był chaos, a na końcu powstał kosmos. Na szczęście w Bielsku też tak było. Karty pod modela zaczynają na szczęście się drukować, ale powoli. A modeli dużo. Czekamy cierpliwie, a Krzysiek biega z prędkością bliską dźwięku i wręcza karty osobom odpowiedzialnym za modele. Na szczęście jako jedyny zna tu wszystkich.












Sobota 16.05. Rozpoznanie ogniem.
O 10:30 sytuacja wygląda na opanowaną. I w samą porę, bo chętni są proszeni o udanie się na strzelnicę. A strzelnica to jest to, co Tygryski lubią najbardziej. Droga oczywiście z przygodami, taka karma w tym roku, nawigacja prowadzi do miejsca, gdzie nie ma przejazdu i trzeba kombinować. Ale dajemy radę. Na strzelnicy nie ma nas dużo, ale się dzieje! Bezkonkurencyjny okazuje się junior, któremu praktycznie wszystko siada w czarnym. Pierwszy raz na strzelnicy, podobno, a przynajmniej tak twierdzi. Drużyna SPM też nie daje ciała. Jest dobrze.
Wracamy na najsmaczniejszy bigos na świecie. Jedna miska, druga na dokładkę i zachęta organizatorów, żeby wziąć trzecią. Podlasie. Bigos zjedzony, ruszamy na zwiedzanie okolicy. Grupowo, nie indywidualnie. I w ramach zachowania równowagi: sacrum i profanum. W ramach sacrum – jedziemy do cerkwi w Sakach. Piękny, merytoryczny wykład o historii tej cerkwi. Zwiedzanie prawosławnych cerkwi powoli staje się tradycją tej imprezy. A potem dla równowagi wizyta w Miodosytni Podlaskiej. Wizyta połączona z degustacją i możliwością kupna miodów pitnych. Takie profanum, ale jakie przyjemne.
Wracamy do Bielska, na sali wystawowej już trochę zwiedzających. O 18:00 wracamy na kwaterę, już trochę zmęczeni, ale przed nami kolejna, główna tym razem integracja. 100 osób na sali, same znajome twarze i znowu podlaskie jedzenie. Więcej nie można oczekiwać od życia. SPM godnie, jak zwykle zresztą.




Niedziela 17.05. Nagrody SPM.
Śniadanie i spacer za wystawę.
Po wczorajszym chaosie nie ma już śladu, wszystko biegnie swoim torem. Organizatorzy w końcu spokojni, nawet przesadnie spokojni. Oni już wiedzą, że się udało. Na kartkach przy modelach pojawiają się pierwsze pieczątki: pierwsze, drugie, wyróżnienie.
Burza mózgów SPM, bo trzeba wybrać model wystawy. Właściwie burza była wczoraj, dzisiaj już tylko ostatnie ustalenia. I po raz trzeci z rzędu wypada okręt. Okręt, ale jaki? Stary, amerykański czterofajkowy niszczyciel, który bronił honoru ABDA w bitwie na Morzu Jawajskim. Wtedy bronił honoru prawdziwy okręt, dzisiaj obronił go model Mariusza Końskiego. QŃ – gratulacje!
I jeszcze nagroda indywidualna. Wspólna, ale Bożena mówi, że się nie zna. A mimo to dostrzegła samolot, który jej się spodobał. Pamiętam ten model, w czasach przaśnych, drukowanych na kartonie z pudełek po butach Małych Modelarzy, ukazał się w nowym, prywatnym wydawnictwie amerykański Curtiss P-36, sprzedany do Francji jako Hawk 75. Piękna odmiana, gdy wydawano tylko wytwory radzieckiej myśli wojskowej. I jeszcze to malowanie: płynne przejścia kolorów, jak przy malowaniu natryskowym. Na tamte czasy marzenie każdego modelarza. Model kreślony ręcznie, więc trudny do sklejenie. A mimo wszystko młody modelarz z Hajnówki, Nikodem Dąbrowski poradził sobie doskonale. Nawet retusz zrobił, co w kategorii juniorów nie było powszechne. Mam ten model na półce, ale za Chiny Ludowe nie potnę. Nie, i już. I trafiliśmy dobrze, bo chłopak wystawił w sumie kilka modeli i za wszystkie dostał nagrody. Powodzenia, młody człowieku!




Niedziela 17.05. Grande finale.
O godzinie 12:00 pojawia się telewizja, Krzysztof udziela wywiadu. Po minie widać zadowolenie, a jednak się udało. Operator nagrywa modele, potem jeszcze wywiad z przypadkowym uczestnikiem. I znów nasz znajomy Łukasz z Przeciszowa, w tym roku mamy do siebie szczęście.
O 13.30, zgodnie z planem ogłoszenie wyników i rozdanie nagród. A jest co rozdawać. Na stole puchary i trofea, które wystarczyłyby na 3 podobne imprezy. Widać, że władzom Podlasia zależy na promocji regionu. Ekipa SPM, jak zwykle wraca z tarczą, nagrody za modele i podziękowanie organizatorów za pomoc w organizacji imprezy. Bo trochę żeśmy pomogli. Tak po cichu, bez patosu, ale jednak.
O godzinie 15:00 najsmutniejsza chwila imprezy. Wspólne zdjęcie i pożegnania. Z niektórymi – do następnej imprezy, z niektórymi – do zobaczenia za rok. Nie jest łatwo przyjechać do Polski z Ukrainy, albo z Litwy.




Niedziela 17.05. Gdy wrzawa opada.
Po gali czas na spóźniony obiad i powrót na kwaterę.
Maciek zaraz rusza w Polskę, swoim samochodem, nam więc zostaje pociąg. Łukasz jeszcze dzisiaj, wieczorem, Piotr z Bożeną jutro rano. Pożegnanie z Łukaszem, prysznic i w końcu odpoczynek.
I niespodzianka, ok. godziny 19 pukanie do drzwi pokoju. Otwieramy, a przed drzwiami główny organizator Krzysiek i jego urocza żona. Pomimo zmęczenia trzydniową imprezą, przyjechali jeszcze raz podziękować, że byliśmy z nimi. Bo w końcu modelarstwo to nie tylko hobby, ale też i styl życia – który sprawia, że na kolejne edycje niektórych imprez czeka się zaraz po zakończeniu poprzedniej. Tak jak na Bielską Majówkę Modelarską, która od lat jest żelazną pozycją w naszym kalendarzu.
Tekst: Piotr „Wędrowycz” Tucholski
Zdjęcia: Łukasz „Lukee” Babczyński