Sobota 11.07. Początek.
Urlopy wypisane dużo wcześniej. Pobudka o czwartej rano, 4 koty na dwór, kawa, herbata, kanapka. Ostatnie pakowanie, koty wróciły.
Zaraz. Wróć. To już było. Koty nie muszą wracać, bo Bożena zostaje. Dalej z małymi zmianami.
Od 5.30 czekam. Łukasz podjeżdża punktualnie , o szóstej. Bagaże na tylne siedzenie, koło Łukaszowego plecaka. Bagażnik zawalony modelami. Duży bagażnik. Droga nr 10 to nie S6, wleczemy się wytrwale oglądając miejsca budowy nowej S10. Ale Chełmża trochę bliżej niż Podlasie.
Sobota 11.07. Pierwszy kontakt.
O 10.30 jesteśmy na miejscu, tak banalnie, bez błądzenia i przygód. Parafrazując klasyka – „Chełmża, tu się oddycha”. Wchodzimy na salę gimnastyczną, i na powitanie – uścisk dłoni i wręczenie kart startowych. Tak po prostu, spokojnie i sprawnie. Marek, gospodarz wita nas z uśmiechem i biegnie do zajęć, a roboty ma ogrom. Na konkursie w Chełmży modele można rejestrować jeszcze na miejscu, do 13. Brawo organizatorzy. Wokół już trochę znajomych twarzy, następni systematycznie dochodzą. Teraz szybko poustawiać modele we właściwym miejscu, czyli wielkie wyzwanie, wymagające wejścia na wyżyny sprawności umysłowej. Ale kolorowe karty pod modele upraszczają to logistyczne zadanie. Białe, zielone, żółte, błękitne. Chyba tak to powinno wyglądać. Modeli na stołach przybywa, przybywa i przybywa. Na kartkach numery ponad 1000. Kosmos.








Modelarskie powinności
Marek podchodzi i pyta, czy pomogę w sędziowaniu. Pewnie że pomogę, modelarze powinni sobie pomagać. A ponadto to bardzo miło z jego strony. A jak od 16 zaczynamy sędziowanie, to najpierw obiad. I teraz trochę prywaty – Gospoda Przy Piecu. Klimat, duże porcje, smaczne jedzenie i niskie ceny. Daję pięć gwiazdek, bo ponoć sześciu już dać nie można. Obiad wciśnięty na siłę, Łukasz patrzy i się szyderczo uśmiecha. Kolega.
Powrót na salę, i ciężka praca sędziego. Ale przydzielili mnie do fajnej grupy: doświadczony modelarz, Pranas, świetnie mówiący po Polsku, Paulina – przedstawiciel młodzieży i ja. Czy to się może udać? Tak, poszło gładko. I jeszcze początek dyskusji z Łukaszem – HMS Sheffield czy ORP Krakowiak? Bo paprykarzowe szkiełko czeka. Dobrze, zdecydujemy jutro. Rosjanie mówią, że ranek jest mądrzejszy od wieczora. A o godzinie 18 początek integracji. Miłe towarzystwo, smaczne jedzenie i zobowiązanie, z którego będę musiał się wywiązać. Ale na razie to tajemnica. Jak na jeden dzień, atrakcji aż za dużo.












Niedziela 12.07. Dzień drugi.
O godzinie 9 jesteśmy na sali, wcale nie pierwsi. Łukasz z nabożną powagą zaczyna fotografować modele, ja zaczynam kombinować. Jak go przekonać do Krakowiaka? Bo Sheffield też ładny, a obok jeszcze kilka perełek. Trzeba przyznać, że okręty na tej wystawie wyróżniają się in plus. A nawet dwa plusy, oba dodatnie. A potem okazuje się, że oba te okręty skleił jeden modelarz, Artur Ceglarski. I jeszcze parę innych. Mistrzu, czapki z głów. Przekonanie Łukasza do Krakowiaka jest już dużo prostsze. A model ORP Krakowiak to po prostu małe dzieło sztuki. Małe, bo okręt w skali 1:200 ma trochę ponad 40 centymetrów długości. I na tych 40 centymetrach setki części, detali i detalików. Tak, w skali 1/200 to już przede wszystkim detalików. Dziesiątki pięknie wykonanych DETALIKÓW. I Łukasz dał się przekonać. Dzięki.
O godzinie 13 ceremonia zakończenia. Bardzo dużo nagród fundują kluby modelarskie, taka nowa, piękna tradycja. Organizatorzy i sponsorzy również przyznają swoje nagrody, bardzo dużo nagród. I mimo pośpiechu całość trwa dwie godziny. Fajnie, że z Chełmży do Szczecina to tylko rzut beretem. Co jakiś czas odbieramy nagrody dla modelarzy SPM, i odkładamy je na stole. I kupka toreb rośnie. Pięknie.
Uff. Koniec. Szybko pakujemy modele, znowu fikołki umysłowe – co, gdzie, do którego kartonu. I czy wszystko zabraliśmy? Chyba wszystko.



Gdy wrzawa opada.
Żegnamy się z kolegami, na końcu z organizatorami. I gratulujemy organizacji festiwalu. Na ich twarzach widać zmęczenie i jednocześnie zadowolenie. My już wolni, oni jeszcze muszą uporządkować salę. Taka kolej rzeczy, w październiku role się odwrócą.
Teraz obiad, oczywiście w Gospodzie Przy Piecu. Oszukana , pyszna pizza. Oszukana, bo w karcie napisane 32 centymetry, a na talerzu 35. Tym razem nie dałem rady, jeden kawałek został. Łukasz znowu patrzy na mnie z szyderczym uśmiechem. Teraz do samochodu i w drogę. Zmęczeni ale szczęśliwi.
Chełmża, do następnego.

Tekst: Piotr „Wędrowycz” Tucholski
Zdjęcia: Łukasz „Lukee” Babczyński
